No i jest wreszcie! Pierwszy studyjny album Soungarden po przerwie.
Na reaktywację czekaliśmy 13 lat, a od ostatniej płyty studyjnej minęło 15 lat. Międzyczasie był udział wokalisty Chrisa Cornella w Audioslave – we współpracy z muzykami Rage Against the Machine. Później był „romans” z Timbalandem, który zaowocował bardzo skrytykowaną, popową płytą Scream.
Cornell mówił wtedy, że jest to najważniejsza rzecz, jaką robił w życiu. Heh, musiał wtedy najwyraźniej być „pod kreską” w sensie finansowym… No bo jak można przekreślić jednym zdaniem najważniejszą i najbardziej udaną część swego życia – grunge w postaci Soundgarden czy Temple of the Dog?
Na szczęście Cornellowi wywietrzały z głowy popowe mariaże i zabrał się wreszcie do rzeczy. Do reaktywacji Soundgarden.
Nowe wydawnictwo – King animal: niby styl wyraźnie rozpoznawalny (choć muzycy reklamują płytę jako coś zupełnie nowego), najlepsze gardło rockowe też daje z siebie, co może, ale … to wszystko chyba się jeszcze nie rozkręciło: ani ziębi, ani grzeje. Zbyt wiele działo się po drodze i chłopaki jeszcze nie potrafili się do siebie przyzwyczaić po tak długiej przerwie.
Takimi fajnymi momentami, na które zwróciłam uwagę jest Blood on the valley floor, Bones of birds i Taree. Charakterystyczne jednocześnie dla Soundgarden, ale jakby złagodzone czasami czymś, co przypomina mi solowe nagrania Cornella z płyty Euphoria morning. Zapadły mi w pamięć też Black saturday i Eyelid’s mouth. To coś zupełnie nowego oczywiście w spokojniejszym klimacie niż dawniej. Bardzo mi spasowały. Ale nie piałabym z tego powodu zachwytów do nieprzytomności.
Widać, że zespół próbuje na bazie starych dokonań stworzyć coś jakby nieco łagodniejszego, ale są to na razie raczej wprawki. Skoro już mówimy o lżejszych kompozycjach z pewną dozą pazura, to przychodzi mi na myśl Live to rise. Szkoda, że na płycie został odrzucony. Być może dlatego, że był zbyt chwytliwy?… Myślę, że znacznie podniósłby wartość King animal. No ale to tylko moje skromne zdanie.
Ogólnie muszę przyznać, że nie jestem tak do końca rozczarowana nową płytą Soundgarden. Są na niej fajne kawałki. Zresztą dajmy im czas. Po tak długim okresie przerwy myślę, że trudno jest zacząć od nowa. Potrzeba cierpliwości. Czy to tak dużo dla prawdziwego fana zespołu?
Tracklista:
1. Been away too long, 2. Non-state actor, 3. By crooked steps, 4. A thousand days before, 5. Blood on the valley floor, 6. Bones of birds, 7. Taree, 8. Attrition, 9. Black saturday, 10. Halfway there, 11. Worse dreams, 12. Eyelid’s mouth, 13. Rowing.
niedziela, 14 lipca 2013
Alter Bridge "AB III"
Kolejna sesyjka d*v*b…. Tym razem na tapecie pozostałości po Creedzie.
Hmmm, cóż. Podobno trzecia taka sama płyta powinna być ostatnią. Potem ma nastąpić przewrót. Taka jest zasada… podobno…. Skorzystał z niej tarnowski Totentanz, skorzystał Riverside. Czy wyszło im to na dobre? W tym drugim przypadku fabryka jest tak dobra, że każdy rodzaj towaru się sprzeda, a ten pierwszy przypadek? Nie jestem już tego taka pewna. Ale mieliśmy rozmawiać o resztkach Creeda. Czy na pewno o resztkach? Przecież to raczej całość pozbawiona ciasteczkowatego Scotta Stappa, zastąpionego przez Mylesa Kennedy’ego.
Nigdy nie interesowałam się Creedem za bardzo, wydawali mi się jacyś tacy… sama nie wiem… coś im brakowało, choć zdobyli popularność. Ale zawsze to nie było to. Dopiero AB wyciągnął z muzyków chyba tę lepszą stronę. Wróćmy zatem do tego, że AB III to ich trzecia płyta utrzymana w tym samym tonie. Niektórzy zaczynają się już tym nudzić. A ja zaczęłam od trójki właśnie i nie wygląda mi to na coś odtwórczego.
Isolation to bardzo energetyczne wprowadzenie. W All hope is gone trochę tu pachnie wirtuozerską nonszalancją w refrenie – bardzo fajny. Podobnie jak Make it right kołyszący, rozległy, rozbujany. W ogóle kawał fajnej pomysłowej melodycznie, energetycznej muzyki. Zaczyna się wybuchowo, aby później okrzesać trochę tę moc.
Na końcu jest całkiem melodyjnie, co nie znaczy, że bez pazura. W kilku miejscach słychać dalekie echa Creed: w Ghost of days gone by, Life must go on. To samo brzmienie gitar, ten sam klimat kompozycji. Ale to tak dla przypomnienia, aby się całkiem nie odciąć od korzeni chyba. Ogólnie bardzo wyrównana płyta – tak moim zdaniem. Zobaczymy, co będzie dalej z tą czwóreczką, wszak AB III ma już prawie 3 lata…
Tracklista:
1. Slip to the void, 2. Isolation, 3. Ghost of days gone by, 4. All hope is gone. 5. Still remains, 6. Make it right, 7. Wonderful life, 8. I know it hurts, 9. Show me a sign, 10. Fallout, 11. Breathe again, 12. Coeur d’Alene, 13. Life must go on, 14. Words darker than their wings.
Hmmm, cóż. Podobno trzecia taka sama płyta powinna być ostatnią. Potem ma nastąpić przewrót. Taka jest zasada… podobno…. Skorzystał z niej tarnowski Totentanz, skorzystał Riverside. Czy wyszło im to na dobre? W tym drugim przypadku fabryka jest tak dobra, że każdy rodzaj towaru się sprzeda, a ten pierwszy przypadek? Nie jestem już tego taka pewna. Ale mieliśmy rozmawiać o resztkach Creeda. Czy na pewno o resztkach? Przecież to raczej całość pozbawiona ciasteczkowatego Scotta Stappa, zastąpionego przez Mylesa Kennedy’ego.
Nigdy nie interesowałam się Creedem za bardzo, wydawali mi się jacyś tacy… sama nie wiem… coś im brakowało, choć zdobyli popularność. Ale zawsze to nie było to. Dopiero AB wyciągnął z muzyków chyba tę lepszą stronę. Wróćmy zatem do tego, że AB III to ich trzecia płyta utrzymana w tym samym tonie. Niektórzy zaczynają się już tym nudzić. A ja zaczęłam od trójki właśnie i nie wygląda mi to na coś odtwórczego.
Isolation to bardzo energetyczne wprowadzenie. W All hope is gone trochę tu pachnie wirtuozerską nonszalancją w refrenie – bardzo fajny. Podobnie jak Make it right kołyszący, rozległy, rozbujany. W ogóle kawał fajnej pomysłowej melodycznie, energetycznej muzyki. Zaczyna się wybuchowo, aby później okrzesać trochę tę moc.
Na końcu jest całkiem melodyjnie, co nie znaczy, że bez pazura. W kilku miejscach słychać dalekie echa Creed: w Ghost of days gone by, Life must go on. To samo brzmienie gitar, ten sam klimat kompozycji. Ale to tak dla przypomnienia, aby się całkiem nie odciąć od korzeni chyba. Ogólnie bardzo wyrównana płyta – tak moim zdaniem. Zobaczymy, co będzie dalej z tą czwóreczką, wszak AB III ma już prawie 3 lata…
Tracklista:
1. Slip to the void, 2. Isolation, 3. Ghost of days gone by, 4. All hope is gone. 5. Still remains, 6. Make it right, 7. Wonderful life, 8. I know it hurts, 9. Show me a sign, 10. Fallout, 11. Breathe again, 12. Coeur d’Alene, 13. Life must go on, 14. Words darker than their wings.
Paradoks kłamcy
Pewien człowiek mówi: „Ja teraz kłamię”. I co z tego dla nas wynika?
Jeżeli rzeczywiście powiedział prawdę, że kłamie, to faktycznie kłamie. Jeżeli skłamał, to mówi prawdę.
To w końcu kłamie czy mówi prawdę?!!!!!! Oszaleć można!!!!! Tych i innych podobnych rzeczy uczy się moja znajoma na studiach o kierunku psychologia. Powodzenia, ja wysiadam. Idę po prostu żyć….
Jeżeli rzeczywiście powiedział prawdę, że kłamie, to faktycznie kłamie. Jeżeli skłamał, to mówi prawdę.
To w końcu kłamie czy mówi prawdę?!!!!!! Oszaleć można!!!!! Tych i innych podobnych rzeczy uczy się moja znajoma na studiach o kierunku psychologia. Powodzenia, ja wysiadam. Idę po prostu żyć….
Subskrybuj:
Posty (Atom)